Przejdź do głównej zawartości

Klątwa Loreley

Pełnia się zbliża. Wolniutko, drobnymi krokami… Już wiem. Medytacja jest jednak genialną sprawą, jeżeli się o niej pamięta. To tak samo, jak z zadawaniem pytań – jeżeli zadasz odpowiednie pytanie poznasz odpowiedź, jeżeli nie – stracone – wieczność wypełniona poszukiwaniami odpowiedzi na milion pytań. Wiem coś o tym. A przynajmniej tak mi się wydaję. Wracając jednak do medytacji – przyśnił mi się pewien sen. Nie miałam najmniejszych trudności by rozebrać go na części pierwsze (czyt. zinterpretować skąd wzięły się pojawiające się w nim elementy typu czerwonej chustki). Jasne jak słońce jest to, że czerwona chustka – taka sama w najdrobniejszych szczegółach pojawiła się w moim ukochanym filmie „Między piekłem a niebem”, który całkiem niedawno oglądałam (rozpłakawszy się w siódmej minucie ryczałam przez cały film – tragedia – dlatego właśnie go lubię). Rycerz – cóż, tu już pojawiają się pewne niejasności, jednakże wiążę jego postać z ogólną fascynacją średniowieczem i swoim romantycznym poglądem, że takiż rycerz powinien ratować wybrankę swego serca, co też próbuje uczyni w moim śnie. I do tego dochodzi jeszcze legenda Loreley – kto nie zna, zaleca się poznanie przed czytaniem dalszej części tegoż tekstu – więc jest kobieta, która rzuca się do wody, chociaż w moim śnie nie robi tego z własnej nieprzymuszonej woli, lecz jest to rodzaj klątwy, od której ma ją wybawić jej rycerz (mogłabym bajki pisać zainspirowane snami!). W moim śnie ubrane to było w obraz dość ciekawy - ona biegnie w jakiś zwiewnych szatach, z czerwonym szalem na ramionach, który powiewa na wietrze, i tak biegnie by rzucić się w przepaść nad jakąś rzeką, a za biedną Loreley podąża jej rycerz, który próbuje ją uratować. To nie byłby mój sen, gdyby mu się udało. Pozostała mu jedynie chusta na pożegnanie i świadomość, że może w kolejnej inkarnacji uda mu się wreszcie ją wybawić. O, tak, to z pewnością nie był koniec klątwy.
I tu pojawia się pytanie – nad czym miałaby być moja medytacja? Sen jak sen, wytwór pobudzonej filmem, muzyką, wszelkimi innymi wytworami kultury, wyobraźni. Więc po co zadawałam sobie ten trud? Jakie zadałam pytanie? Właśnie – jaka była w tym moja rola?
Początkowo myślałam, że to ja jestem bohaterką tego snu (oh, jakież to romantyczne być Loreley, albo choćby samą Świtezianką). Do takiego myślenia skłoniła mnie nieukrywana sympatia wobec danej postaci legendarnej oraz moje skłonności samobójcze (które powinnam przemilczeć dla świętego spokoju). Ta myśl jednak wymagała kontynuacji – co z nią zrobić? Jak nie dać się zaprowadzić za daleko przez podświadomość dochodząc świadomie do pewnych wniosków podsuwanych przez tą zdradliwą niekomunikatywną część naszej natury zwaną podświadomością?
Wynikiem medytacji jest jedno słowo – opowiadaczka. Wcześniej skupiłam się jedynie na tym, co zobaczyłam we śnie. Podczas medytacji został mi ukazany również sposób w jaki to widziałam. Z boku, ja na to patrzyłam, tym samym nie mogąc być Loreley. Pewnie się uśmiechnęłam tak jak uśmiecham się teraz. Tak, nie jestem Loreley, nigdy nie byłam i już zapewne nie będę. Co nie zmienia faktu, że jestem opowiadaczką – ja mam przekazywać takie legendy innym, dzielić się nimi z innymi. Taka rola mnie w pełni satysfakcjonuję. Jestem z siebie dumna. A teraz wyruszam w świat by wypełnić obowiązki barda – zaczynam od was.

Komentarze

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz pozostawiony na blogu. Dzięki nim wciąż mam energię by kontynuować pisanie bloga.

Popularne posty z tego bloga

Liadan come home (again)

Chciałabym wrócić do blogowania, ale nie jest to wcale takie łatwe jakby się mogło wydawać. Samo znalezienie czasu pomiędzy pracą na etacie, zajmowaniem się dzieckiem i domem, dzierganiem, czytaniem i innymi rzeczami, którymi się zajmuję - to już samo w sobie nie jest proste. Ale nie to mnie powstrzymuje.  Świadomość kreowania swojego wizerunku w social mediach jak jakiegoś sztucznego tworu - już tak. W tym miejscu chyba wypadałoby podziękować losowi, że mogłam spotkać na swojej drodze ludzi, którzy zadziwili mnie swoją otwartością i szczerością. Dzisiaj ja chcę zdjąć maskę hipokryzji i zacząć przygodę z blogiem ponownie, z otwartym umysłem i świadomością, że w tym miejscu mam prawo być sobą, a jeśli komuś to nie odpowiada - to już nie mój problem.  Z drugiej strony nie jestem w stanie wyłączyć swojej własnej autocenzury i głos w mojej głowie nadal będzie mi upierdliwie powtarzał, jak bardzo moje zdanie, opinie, słowa są pozbawione głębszego znaczenia, więc dzielenie się nimi na blogu n…

Kolejny rok

I minął kolejny rok.

Miałam pisać, chciałam inspirować, zmusić Was może czasami do zastanowienia, refleksji, wciągnąć w dyskusję i zmienić. Ale chyba nie jestem typem influencera. Mam zbyt wiele wątpliwości odnośnie mojego własnego wpływu na siebie bym miała wpływać na innych. Nawet nie wiem skąd takie ambicje.

Nie mniej jednak, skoro mam mniej przejmować się tym w jaki sposób zostanie to odebrane przez innych - chcę wrócić do pisania tego bloga. Przynajmniej jako taką moją formę wyjścia do świata zewnętrznego. Zaznaczenia, że hej! ja tu jestem, tworzę sobie ciągle różne fajne rzeczy, może kogoś to interesuje? Może ktoś znajdzie chwilę w codziennej bieganinie by przystanąć i przeczytać, a jeśli znajdzie coś wartościowego dla siebie - tym fajniej.


I dzisiaj słowem wstępu opowiem troszkę, co działo się ze mną, gdy mnie tu nie było.

Dziergałam -  a jakże. To niemal stały element mojej codzienności. Czasami muszę sobie przypominać, że jest to moje HOBBY, a nie praca na etacie i nie powinn…

Włóczka ręcznie farbowana

Z radością obserwuję jak w Polsce powoli pojawiają się osoby zajmujące się farbowaniem wełny. Dotąd można było powzdychać do kolorowych moteczków farbowanych za oceanem, a teraz mamy tu w Polsce swoich własnych utalentowanych farbiarzy i farbiarki. Sama stawiam swoje pierwsze kroki w tej dziedzinie, ale jedno mogę powiedzieć na pewno - bardzo mi się to podoba.


Pamiętacie jeszcze moją chustę Brokilon? Włóczkę na nią także własnoręcznie farbowałam używając barwnika do tkanin z motylkiem i aby uzyskać średnio intensywny kolor na dwa motki musiałam użyć dwie torebki barwnika, a kolor i tak nie był tak intensywny jak tego chciałam. Nie było wyjścia, musiałam zamówić lepsze barwniki. Padło na Jacquarda.


Ufarbowałam to co miałam w domu do farbowania - czyli dwa motki włóczki skarpetkowej (75/25) z zamiarem przeznaczenia ich właśnie na skarpety (bo to że włóczka skarpetkowa wcale nie znaczy że muszą być skarpety żeby było jasne!)


Oraz cztery motki włóczki drops baby merino (jasny beż) którą …