Przejdź do głównej zawartości

Wróciłam do Domu. Kilka cudownych dni z dala od miasta, od strasznej samotności i wieczornych smutków. Jedyne, czego mi teraz brakuję to aparat, by móc zamknąć w zdjęciach cudowne jesienne krajobrazy, których – jestem pewna – pełno po polach i lasach. Pocieszam się myślą, że za rok też będzie piękna jesień, a ja będę już miała aparat, by móc ją sfotografować. Przyznaję, skłamałam. I wcale nie jest łatwo oszukiwać samą siebie, w ogóle nie jest łatwo. Zdaję sobie sprawę, że nie byłoby to życie, gdyby było za łatwo. Dlatego ta cała miłość musi być tak cholernie trudna. Zastanawiam się ile razy przeszło mi przez myśl, że mam jej już serdecznie dość i najchętniej dałabym sobie spokój. Może gdybym nie bała się samotności tak jak się boję już dawno podjęłabym decyzję o zakończeniu tych, w gruncie rzeczy, zabawnych prób nauki kochania. Niby całe życie uczę się cierpliwości, a jednak, z dnia na dzień jest coraz gorzej. Jesienna chandra przysiadła na skraju łóżka i mówi, że lepiej nie będzie. To nie jest miłe z jej strony, ale niczego innego się nie spodziewałam. Zresztą to nie pocieszenie jest mi potrzebne. Tylko obecność.
A zdjęcie w ramach podziękowania za lekcję o zaklęciach, a może za samą rozmowę ;)

"Nawet teraz noc jest pełna srebrnych źdźbeł deszczy. A gdy poślę swą duszę niech ujrzy Twoje ciało"

Komentarze

  1. zdjecie boskie.
    Jesien minie i deprecha napewno zmaleje
    trzymaj sie, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem źle z miłością, a bez niej jeszcze gorzej.
    Uściski wczesnojesienne

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesienna chandra ma to do siebie, że mija :) Mam nadzieję, że wkrótce miłość będzie Ci dawać więcej radości niż trosk, bo po to jest. Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  4. skowronka posyłam, a sępa odganiam :-)

    serdeczności, Liadan!

    kochania szkoda się uczyć, kochaj i już :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz pozostawiony na blogu. Dzięki nim wciąż mam energię by kontynuować pisanie bloga.

Popularne posty z tego bloga

Liadan come home (again)

Chciałabym wrócić do blogowania, ale nie jest to wcale takie łatwe jakby się mogło wydawać. Samo znalezienie czasu pomiędzy pracą na etacie, zajmowaniem się dzieckiem i domem, dzierganiem, czytaniem i innymi rzeczami, którymi się zajmuję - to już samo w sobie nie jest proste. Ale nie to mnie powstrzymuje.  Świadomość kreowania swojego wizerunku w social mediach jak jakiegoś sztucznego tworu - już tak. W tym miejscu chyba wypadałoby podziękować losowi, że mogłam spotkać na swojej drodze ludzi, którzy zadziwili mnie swoją otwartością i szczerością. Dzisiaj ja chcę zdjąć maskę hipokryzji i zacząć przygodę z blogiem ponownie, z otwartym umysłem i świadomością, że w tym miejscu mam prawo być sobą, a jeśli komuś to nie odpowiada - to już nie mój problem.  Z drugiej strony nie jestem w stanie wyłączyć swojej własnej autocenzury i głos w mojej głowie nadal będzie mi upierdliwie powtarzał, jak bardzo moje zdanie, opinie, słowa są pozbawione głębszego znaczenia, więc dzielenie się nimi na blogu n…

Kolejny rok

I minął kolejny rok.

Miałam pisać, chciałam inspirować, zmusić Was może czasami do zastanowienia, refleksji, wciągnąć w dyskusję i zmienić. Ale chyba nie jestem typem influencera. Mam zbyt wiele wątpliwości odnośnie mojego własnego wpływu na siebie bym miała wpływać na innych. Nawet nie wiem skąd takie ambicje.

Nie mniej jednak, skoro mam mniej przejmować się tym w jaki sposób zostanie to odebrane przez innych - chcę wrócić do pisania tego bloga. Przynajmniej jako taką moją formę wyjścia do świata zewnętrznego. Zaznaczenia, że hej! ja tu jestem, tworzę sobie ciągle różne fajne rzeczy, może kogoś to interesuje? Może ktoś znajdzie chwilę w codziennej bieganinie by przystanąć i przeczytać, a jeśli znajdzie coś wartościowego dla siebie - tym fajniej.


I dzisiaj słowem wstępu opowiem troszkę, co działo się ze mną, gdy mnie tu nie było.

Dziergałam -  a jakże. To niemal stały element mojej codzienności. Czasami muszę sobie przypominać, że jest to moje HOBBY, a nie praca na etacie i nie powinn…

Włóczka ręcznie farbowana

Z radością obserwuję jak w Polsce powoli pojawiają się osoby zajmujące się farbowaniem wełny. Dotąd można było powzdychać do kolorowych moteczków farbowanych za oceanem, a teraz mamy tu w Polsce swoich własnych utalentowanych farbiarzy i farbiarki. Sama stawiam swoje pierwsze kroki w tej dziedzinie, ale jedno mogę powiedzieć na pewno - bardzo mi się to podoba.


Pamiętacie jeszcze moją chustę Brokilon? Włóczkę na nią także własnoręcznie farbowałam używając barwnika do tkanin z motylkiem i aby uzyskać średnio intensywny kolor na dwa motki musiałam użyć dwie torebki barwnika, a kolor i tak nie był tak intensywny jak tego chciałam. Nie było wyjścia, musiałam zamówić lepsze barwniki. Padło na Jacquarda.


Ufarbowałam to co miałam w domu do farbowania - czyli dwa motki włóczki skarpetkowej (75/25) z zamiarem przeznaczenia ich właśnie na skarpety (bo to że włóczka skarpetkowa wcale nie znaczy że muszą być skarpety żeby było jasne!)


Oraz cztery motki włóczki drops baby merino (jasny beż) którą …