Przepis na porażkę

Po kolejnej długiej nieobecności wracam z formą nietypową, choć uprawianą na tym blogu w dawnych czasach. Odesłałam krytyka, który kazał mi się dziesięć razy zastanowić nad każdym słowem na urlop, tym samym dając sobie luz w głowie by znów pisać.

Bo słowa pozwalają mi oswajać rzeczywistość, rozumieć siebie i innych, odkrywać nowe horyzonty i w końcu czerpać więcej radości z życia. A skoro o życiu i satysfakcji mowa to chciałabym poświęcić chwilę uwagi zagadnieniu jakim jest pasja, tudzież hobby. 

Jest takie durne powiedzonko, że jak człowiek będzie robił w życiu to, co kocha to nie przepracuje ani jednego dnia. Mogłabym powiedzieć, że jestem zbyt cyniczna by to łyknąć, ale... cóż, dałam się złapać. 

Gdy uczyłam się dziergać naturalnie myślałam tylko o rzeczach, które będę w stanie zrobić dla samej siebie, ewentualnie dla bliskich. Z czasem okazało się, że robione przeze mnie chusty podobają się znajomym więc za niewielką opłatą zdarzało mi się je sprzedawać, a z czasem również robiłam czapki i rękawiczki na zamówienie. Nigdy nie było tego wiele. Ale też nigdy szczególnie nie promowałam się w tym zakresie. W tamtym czasie w mojej głowie panowało przekonanie, że rękodzieło nie jest czymś z czego można wyżyć na dłuższą metę. I jak myślę sobie kiedy nastąpiła zmiana tego toku myślenia to zastanawiam się, czy powodem nie był nadmiar wolnego czasu na dzierganie w pierwszym lockdown'ie pandemii. 

Po pierwsze doszłam do wniosku, że osiągnęłam pewien poziom, który można by nazwać profesjonalizmem. Oczywiście dzierganie jest bardzo rozległym obszarem, więc moja ekspertyza miała obejmować pole drobnych akcesoriów typu skarpety/rękawiczki. Zwiodły mnie też "dobre gospodarczo czasy". A wiadomo, że jak się ludziom lepiej powodzi to i na lepsze rzeczy ich stać.I tak oto "zainwestowałam" pewną kwotę we włóczki, z których miałam dziergać te skarpety, a zamówienia miały mi się sypać jak z rękawa. No, ale jak to w życiu bywa, nie wyszło. 

I wiecie - mogłabym napisać, że kryzys, że inflacja, wojna na Ukrainie i pare jeszcze niezależnych ode mnie powodów, ale nie byłaby to do końca prawda. Bo sama pasja nie wystarczy. 

Najwięcej do myślenia w tym temacie dała mi lektura książki "Ego to Twój wróg" Ryan'a Holiday'a. Pisze on:

Tym, czego ludzie potrzebują w trakcie rozwoju, jest cel i realizm. Można powiedzieć, że cel jest jak pasja z granicami, realizm natomiast to dystans i perspektywa.

Zamiast celu do zrealizowania miałam jedynie pobożne życzenie by wyszło.  Zabrakło realizmu. I konkretnego planu działania. Albo przynajmniej nie sabotowania samej siebie, bo widzisz. Nawet czytając o marketingu byłam zaintrygowana i temat mnie realnie pociągał, ale gdzieś głęboko w serduszku wiedziałam, że wdrożenie tej wiedzy w działanie na przykład na instagramie wymagałoby ode mnie o wiele więcej niż chciałabym od siebie dać. Przede wszystkim musiałabym zacząć kreować "kontent" pod odbiorcę, określić grupe docelową i tworzyć z myślą o potrzebach tej grupy. I przekornie stwierdzam, że cóż ja - skrajny introwertyk - może wiedzieć o innych i ich potrzebach. Owszem, idzie mi całkiem spoko obserwowanie ludzi z boku i analizowanie ich zachowań, ale wchodzenie w interakcje i angażowanie w relacje to już nie moja bajka. 

By kończyć ten przydługi wywód stwierdzam, że nadal zamierzam tworzyć i wymyślać i bawić się w eksperta od skarpetek, i dziergać fajne rzeczy z tego kosmicznego zapasu włóczek. A jak czasami się uda to nawet sprzedawać, bo czemu nie?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Przepis na skarpetki, cz.2 - Włóczki

Poet Sweater by Sari Nordlund

Przepis na skarpetki, cz.1 - Akcesoria