Przejdź do głównej zawartości

Bullet journal - trzy lata planowania

Działanie w wersji analogowej mam we krwi. Odkąd pamiętam otaczałam się mnóstwem notatników, dzienników, kalendarzy i szkicowników. Pisałam, rysowałam, malowałam, bazgrałam. Pomagało mi to usystematyzować pewne myśli, radzić sobie z ich natłokiem, wyrzucałam trudne uczucia na papier, ale także uczyłam się nowych rzeczy i śledziłam postępy.

Nie były to jednak nigdy listy zadań. Za planowanie wzięłam się dopiero na etapie ciąży. Pojawienie się dziecka i macierzyństwo stanowiło tak totalny zwrot w dotychczasowym życiu i było na tyle ważne, że nie chciałam pozwolić sobie na improwizowanie. Na tym etapie tworzyłam listy tematyczne, jak  choćby listę rzeczy do spakowania do szpitala na poród, albo listę rzeczy, które należy kupić zanim dziecko pojawi się na świecie, itd.
Gdy Ola pojawiła się na świecie trochę odpuściłam z planowaniem, życie na urlopie macierzyńskim w pierwszych miesiącach było spokojne i przewidywalne. Dalej notowałam sobie różne rzeczy, starałam się śledzić postępy w robieniu na drutach, a gdy potrzebowałam prowadziłam dziennik uczuć.

Systemem bullet journal zaczęłam się interesować pod koniec 2016 roku. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy i decyzja by zacząć się organizować wydawała się sensowna.

Po trzech latach prowadzenia bullet journal mogę się podzielić swoimi przemyśleniami na ten temat.

W związku z popularnością metody o tym czym jest bullet journal można poczytać w wielu miejscach sieci. Jeśli mogę coś polecić to zdecydowanie warto zacząć od obejrzenia filmiku twórcy bullet journal, a w polskiej wersji piszę o tym w fajny sposób (i z ładnymi zdjęciami) Kasia z Worqshop. 


W ciągu tych kilku lat planowania popełniłam błędy, z których zdałam sobie sprawę dopiero niedawno. A mianowicie - planowanie nie jest sztuką dla sztuki. Planowanie ma służyć realizacji celów, które sobie wyznaczamy. U mnie bywało różnie, albo nie stawiałam sobie w ogóle celów, albo nie udawało mi się ich realizować, bo kończyło się na zapisaniu celu przy kalendarzu miesięcznym.

Nie zamierza się z tego powodu jednak biczować. Korzystanie z tej metody pozwoliło mi się wyżywać kreatywnie i dla mnie osobiście ma to ogromne znaczenie. Na różnych grupach poświęconych bullet journalingowi często piszą młode osoby, że chciałaby mieć takie piękne bujo jak z obrazka, ale nie potrafią malować czy rysować. Ja też nie. Serio. Ale jeśli mimo to próbuję i ćwiczę i mam z tego mnóstwo radości i satysfakcję to komu co do tego?

Jak widać na załączonym obrazku mam za sobą już kilka notatników. Lubię, gdy jeden notes starcza mi na cały rok i tylko raz zaliczyłam "skok w bok" zauroczona gwiezdnym notesem od Devangari.  Poprowadziłam w nim listopad i grudzień, ale w styczniu grzecznie zaczęłam w nowym notesie. Taki system pozwala mi śledzić w listach różne rzeczy, m.in. listę przeczytanych książek, ukończonych projektów, czy nawet swój miesięczny cykl.


Każdy miesiąc rozpisuję pod koniec poprzedniego, ale same dniówki lubię rozpisywać na bieżąco, czasami z dnia na dzień,  a czasami cały tydzień pod koniec poprzedniego tygodnia w zależności od ilości zadań na dany okres. Bardzo rzadko, ale jednak, zdarza mi się także rozpisywać cały miesiąc na dniówki, ale nigdy nie mam pewności ile konkretnie miejsca będę potrzebowała, więc staram się tego nie robić.


Czasami łapię się na zarzucaniu samej sobie, że tak naprawdę jest to sztuka dla sztuki, że rzeczy, które zapisuję to takie "pierdółki", które i tak musiałabym zrobić bez konieczności planowania, że tracę czas, a jest to nieco czasochłonne, tworząc coś bez wyraźnej potrzeby. Za argument wystarczy mi jednak, że mi to pomaga, że daje mi to poczucie jako takiego ogarnięcia rzeczywistości.






Komentarze

  1. Warto mieć własnego pierdolca, nawet, gdy inni uznają, że to sztuka dla sztuki tylko. To dodaje życiu kolorytu.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Dziękuję za każdy komentarz pozostawiony na blogu. Dzięki nim wciąż mam energię by kontynuować pisanie bloga.

Popularne posty z tego bloga

Kolejny rok

I minął kolejny rok.

Miałam pisać, chciałam inspirować, zmusić Was może czasami do zastanowienia, refleksji, wciągnąć w dyskusję i zmienić. Ale chyba nie jestem typem influencera. Mam zbyt wiele wątpliwości odnośnie mojego własnego wpływu na siebie bym miała wpływać na innych. Nawet nie wiem skąd takie ambicje.

Nie mniej jednak, skoro mam mniej przejmować się tym w jaki sposób zostanie to odebrane przez innych - chcę wrócić do pisania tego bloga. Przynajmniej jako taką moją formę wyjścia do świata zewnętrznego. Zaznaczenia, że hej! ja tu jestem, tworzę sobie ciągle różne fajne rzeczy, może kogoś to interesuje? Może ktoś znajdzie chwilę w codziennej bieganinie by przystanąć i przeczytać, a jeśli znajdzie coś wartościowego dla siebie - tym fajniej.


I dzisiaj słowem wstępu opowiem troszkę, co działo się ze mną, gdy mnie tu nie było.

Dziergałam -  a jakże. To niemal stały element mojej codzienności. Czasami muszę sobie przypominać, że jest to moje HOBBY, a nie praca na etacie i nie powinn…

Chmurkowy

Wymyśliłam* sobie sweter.
Miał być:
lekki i puszystyotwarty (open fronts) czyli bez żadnych zapięć/guzików itp.pasujący zarówno do jeansów jak i do sukienek/spódnicczarny (czyli też pasujący do wszystkiego)

Do tego projektu wykorzystałam połączenie Drops Kid Silk (mieszanki moheru i jedwabiu) z Drops Lace (czyli alpaka z jedwabiem) - uzyskując na drutach 4,00 mm dzianinę lekką, ale ciepłą. Dodatek jedwabiu nadaje zaś całości elegancji.
Nie jestem także pewna, czy byłabym w stanie nosić sweter z samego moheru (i ewentualnej alpaki) ze względu na podgryzanie.



Cała matematyka stojąca za tym swetrem opiera się oczywiście na grzecznie wydzierganej, wymoczonej i zblokowanej próbce obliczeniowej. Jakby wziąć pod uwagę czas potrzebny na wydzierganie każdego swetra to jednak zrobienie takiej próbki stanowi tylko ułamek tego czasu, a pozwala nam zaoszczędzić frustracji i prucia. Take time to save time.. Prucie w ogóle nie stanowi miłego doświadczenia, a prucie moheru już w szczególności.


Żeby n…