Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2009

O Yule, prezencie dla Marcina i życzeniach.

Yule minęło mi bardzo przyjemnie, chociaż – co przyznaję bez wstydu – obyło się bez rytuałów – żadnych świeczek, pieśni, jedynie myśli kierowane ku Bogini, świadomość zmiany. Było bardzo miło spędzić ten dzień w pracy, wszystko przez cudowne towarzystwo znajomego. Tymczasem jestem w domu, tradycyjnie – jutro usiądę przy wigilijnym stole z rodziną, postaram się być miła, chociaż opłatek sobie daruję – dla zachowania szacunku wobec własnej „religii”.

Powyższe zdjęcia są zaś prezentem dla Marcina – mówiłam, że marzy mi się Twoja książka, a któż może realizować moje marzenia, jeżeli nie ja sama?

Miłości – tej najszczerszej, która uszczęśliwia, która sprawia, że życie nabiera barw, sensu, a na twarzy pojawia się uśmiech!

fade with the morning light..

Czy szaleństwem jest kochać wspomnienie człowieka, którego znało się dawno temu?
Tak, z pewnością. O wiele łatwiej uwierzyć, że miłość jest tylko zabawą – kilka uśmiechów, kradzież spojrzeń, imię wypowiadane z czułością i śmiech na pożegnanie. O wiele łatwiej niż zadręczać się przeszłością.
Kiedyś uciekałam przed miłością, a gdy pokochałam pierwszy raz od kilku lat poczułam smak szczęścia. Noszę w sobie bardzo piękne wspomnienia. Są wszystkim co mam. Prawda jest zbyt subiektywna, bym mogła nazwać ją Prawdą, taką pisaną z dużej litery z całym bagażem znaczeń, które się pod tym słowem kryją.
Jeden majowy wieczór. Zapach akacji, blask gwiazd na niebie, ciepło ramienia.
Miejsce, które mnie wzywa i wiem, że wbrew rozsądkowi wrócę tam, będę tam wracać ciągle, zawsze, tak jak obiecałam.

Czy miłość może być wieczna?

"...and the rains came down, and the stars fell from the sky
Oh, how dark the night
It always seems those Castle & Dreams
Fade with the morning light..."

Blackmore's N…

legenda wyśniona (9 grudnia)

9 grudnia 2006 roku,

Kolejne nieporozumienie z rodzicami, słowa raniące niczym ostrza i potrzeba samotności. Wyszłam z domu, chociaż czerń nadchodzącej nocy spowijała świat. Bez lęku postawiłam pierwszy krok na ścieżce prowadzącej do lasu. Postanowiłam - to będzie moja własna ścieżka, samotna ścieżka.

Wtedy po raz pierwszy porzuciłam Kościół z Jego Chrystusem. Ale wiosna przyniosła zmiany. Poznałam Keriann, odkryłam druidyzm, który stanowił "ucieleśnienie" idealnej filozofii, ścieżki przez życie. Był sensem, szczęściem, spełnieniem marzeń, których nie śmiałam śnić. Byłam szczęśliwa - na fali tego szczęścia postanowiłam spróbować jeszcze raz. Keriann pisała, że musi być w tym jakiś głębszy zamysł Boga, Jego pragnieniem miałoby być bym była chrześcijanką,
skoro sprawił, że narodziłam się w takiej rodzinie, pośród takich ludzi. Ale nawet ten stan nie trwał wiecznie. Wicca ciągnęła, intrygowała, kazała się odkrywać. I chociaż mnożyły się powody, dla których nie mogłam dokonać tego …

"forest is within me..."

Drzewa dają ukojenie. Wystarczy dotknąć dłonią szorstkiej kory, przytulić do niej policzek, objąć ramieniem. Ofiarowują spokój. Czy czegoś żądają w zamian? Daję im swoją miłość, szacunek czasami obecność. Częściej jednak powierzam smutek, problemy, łzy. Najpiękniejsze jest jednak to, że dzięki nim przestaje płakać, złościć się, denerwować. Przy nich jestem najspokojniejszą osobą na świecie. Dla nich jestem. Czasami tylko przy nich potrafię naprawdę być.